Jest 3
września, wstaje z mężem około 5:30, on do pracy, a ja bo nie mogę spać. W
głowie jedno- muszę do Mamy. Przychodzę
do szkoły jeszcze przed czasem, pukam do Pani Wicedyrektor i proszę o dzień
opieki, bo mam jeszcze taki w zanadrzu. Oczywiście nie ma problemu, sama
proponuje mi abym wzięła tydzień opieki nad Mamą, bo tak mi się należy, ale
odmawiam (bo przecież moje poczucie obowiązku zabrania mi zostawić szkołę, tak
jakby miała się bezemnie zawalić). Wciąż przecież jest jeszcze praca i moje
pierwszaki. Nie mogę ich przecież zostawić, bo dopiero co się klimatyzują w
szkole. Weekend wystarczy, myślę w głowie. Dzień przebiega spokojnie, poznajemy
szkołę i ich pracowników. Dzieci wyglądają na zadowolone, nawet mój Janek z
zaciekawieniem przechadzał się po szkole, zaczepiając wszystkich po drodze.
Najbardziej spodobała mu się Pani Dyrektor, do której mówił przez Ty.
A w domu moja
czteroletnia córeczka nie odstępuje mnie na krok, pyta dlaczego płaczę. Bronie
się mówiąc, że boli mnie głowa, ale ona nie dowierza i dalej dopytuje.
Moje myśli
przeplata tyle spraw, że nawet nie czuje zmęczenia, zaparzam kawę i siadam do
stołu. Zaczął się rok szkolny więc przygotowuję plan wychowawczy, przeglądam
strony internetowe, poszukuję nowości.
Analizuję książkę do klasy pierwszej i ćwiczenia, ministerialny
"Elementarz" też jest dla nas czymś nowym. No cóż nie każdemu się on
podoba, ale tak naprawdę nie mamy wyboru, więc nie przeżywam tego specjalnie.
Wieczór przebiegł spokojnie, nie dzwonię do domu, by nie budzić Mamy.