poniedziałek, 19 października 2015

„Chorowanie wymaga większej odwagi niż śmierć”-Chemia

Jest 3 września, wstaje z mężem około 5:30, on do pracy, a ja bo nie mogę spać. W głowie jedno-  muszę do Mamy. Przychodzę do szkoły jeszcze przed czasem, pukam do Pani Wicedyrektor i proszę o dzień opieki, bo mam jeszcze taki w zanadrzu. Oczywiście nie ma problemu, sama proponuje mi abym wzięła tydzień opieki nad Mamą, bo tak mi się należy, ale odmawiam (bo przecież moje poczucie obowiązku zabrania mi zostawić szkołę, tak jakby miała się bezemnie zawalić). Wciąż przecież jest jeszcze praca i moje pierwszaki. Nie mogę ich przecież zostawić, bo dopiero co się klimatyzują w szkole. Weekend wystarczy, myślę w głowie. Dzień przebiega spokojnie, poznajemy szkołę i ich pracowników. Dzieci wyglądają na zadowolone, nawet mój Janek z zaciekawieniem przechadzał się po szkole, zaczepiając wszystkich po drodze. Najbardziej spodobała mu się Pani Dyrektor, do której mówił przez Ty. 
Cały czas jestem na "łączach" z siostrą i tatą. Pytam jak czuje się Mama. Jest słaba, gorączkuje, ale wstaje, siada w swojej ulubionej kuchni, w miejscu, które lubi w tym domu najbardziej.  Lekarz kazał podawać tylko syrop na apetyt i leki przeciwgorączkowe. A znajoma pielęgniarka przychodzi by podać zastrzyk przeciw zakrzepowy. Tata mógłby robić go sam, ale się boi.
A w domu moja czteroletnia córeczka nie odstępuje mnie na krok, pyta dlaczego płaczę. Bronie się mówiąc, że boli mnie głowa, ale ona nie dowierza i dalej dopytuje.

Moje myśli przeplata tyle spraw, że nawet nie czuje zmęczenia, zaparzam kawę i siadam do stołu. Zaczął się rok szkolny więc przygotowuję plan wychowawczy, przeglądam strony internetowe, poszukuję nowości.  Analizuję książkę do klasy pierwszej i ćwiczenia, ministerialny "Elementarz" też jest dla nas czymś nowym. No cóż nie każdemu się on podoba, ale tak naprawdę nie mamy wyboru, więc nie przeżywam tego specjalnie. Wieczór przebiegł spokojnie, nie dzwonię do domu, by nie budzić Mamy.