Czwarty
września-
to ważna data, z dwóch powodów. Mój mąż obchodzi urodziny, a
drugi to wyjazd po pracy do Mamy. W szkole czas szybko minął, bo
myślami jest już w drodze. Tym bardziej, że przede mną 650 km.
Zabieram ze szkoły starszego syna, by towarzyszył mi w podróży.
I jadę.... już nie spokojnie. Nawet nie zatrzymuje się po drodze..
tylko jadę w milczeniu. A w głowie niezmiennie pieśń żałobna "
Do domu wracam jak
strudzony pielgrzym ".
I chodź walczę z tym, pieśń powraca jak mantra. Dojeżdżam koło
23:00, wita mnie Tata i mówi, że rano jedzie z Mamą na konsylium
lekarskie do Szczecina- odrazu mówię, że jadę z nimi. Wchodzę po
cichu do domu, by nie obudzić Mamy, ale ona już czeka, przychodzi
do kuchni, wita mnie czule, chodź sił już nie ma, obejmuję ją
delikatnie i już czuję spokój. Jestem w domu.....Przez chwilę
jeszcze rozmawiamy i kładziemy się spać, bo rano koło 6:00
pobudka. Dzwonię do męża, melduję że dojechałam i mówię o
planach na dzień jutrzejszy. Pytam o córcię, bo bardzo za nią
tęsknię. Wiem, że ona też bardzo to przeżywa. Jeszcze chwilę
leże, ale ze zmęczenia zasypiam.
